Ciastko, Tomasz

25 Czerwca 2017

Gitarzysta, kompozytor, estradowiec. No i w końcu - przystojniak. Na gitarze wymiata, jak pani Halinka z Białostockiego „mopem”, posuwając „na domku” lub nie przymierzając sam Satriani. Słowem - supersonic. Czyli szybszy od dźwięku. Szkoda tylko, że ma tak mało możliwości, by swój talent pokazać poza środowiskiem polonijnym. Potrafi (i to z samego słuchu!) zagrać dosłownie wszystko. Technika bezbłędna. Wyczucie rytmu. I duża wyobraźnia muzyczna. Słowem - Eric Clapton mogłoby za nim wzmacniacz nosić. Jeszcze do tego dopłacając... Pochodzi z Kędzierzyna-Koźla niedaleko Opola. A więc Ślązak, choć z tych dolnych. Mimo to osiągnął wyżyny fachu muzycznego. Ale nie wzięło się to z powietrza. Pracowity, jak nie przymierzając polonijny kontraktor krakowski, w obliczu możliwości okazyjnego kupna dodatkowego zestawu drabin. Mimo śląskiego pochodzenia, nie ma ciągot do bawarskiego rocka w „lederhosen” - krótkich, skórzanych spodenkach, pod teutoński bęben i pieczoną gęś frankfurcką. Preferuje rock’and’rollową klasykę. Kocha ją. Z pełną wzajemnością. Tomek ma nazwisko, które wręcz prosi się o promocję po angielsku. Stąd zespół „Cake Factory” czy płyta „Piece of Cake”. Nie ma zresztą żadnych kompleksów, jeżeli chodzi o współpracę z muzykami amerykańskimi. I jest niezwykle wszechstronny. Równie dobrze może ciąć bluesa w chicagowskim klubie „Buddy Guy’s Legend”, co okazjonalnie podkładać „krawczykowatemu” mwokaliście Andrzejowi Cierniewskiemu. Słowem - żadnej nuty się nie boi. Ale sam też komponuje. I to jak! Nic dziwnego, że nigdy nie ma problemów ze skompletowaniem muzyków do kolejnego zespołu i klubu. A trochę ich już zaliczył. Od śp. „Cafe Lura” na chicagowskim Jackowie, poprzez również nieistniejący już „The Club” na południu miasta, a kończąc na „Retro Cafe and Restaurant”. Żadnej pracy też się nie boi. Gdy z muzyki nie daje się uciągnąć, bierze inne roboty. Stąd zna się na wielu zawodach. W tym... szklarskim. Jego pasją pozostaje jednak muzyka. Lubi eksperymentować. Godzinami potrafi opowiadać o poszukiwaniu odpowiedniego dźwięku. A gdy zleca komuś zbudowanie wzmacniacza na indywidualne zlecenie, zamęcza wykonawcę, by zrobił dokładnie to, czego klient się spodziewa. Maniak gitary. Podobno ma ich więcej, niż... par spodni. A niektóre z gitar to prawdziwe cacka. Nadają się nie tylko do grania czy światowego muzeum muzyki, ale i do bankowego sejfu. W sumie - sporo zainwestował w sprzęt, ale raczej niczego nie sprzeda. I - odpukać - w ostatnią drogę przez rzekę Styks (do której mu się jeszcze absolutnie nie spieszy), z pewnością zabierze co najmniej kilka swoich „wioseł”... Pozytywna osobowość, choć ma jeden poważny minus: odstaje od większości rodaków, bo nie obraża się o byle co. A nawet (zjawisko wręcz niespotykane u naszych) sam śmieje się z popularnych w środowisku i nie zawsze zbyt łaskawych dowcipów o muzykach. A więc nie krzywi się na taki np. kawał:
- Co mówi polonijny muzyk, gdy zapuka do twoich drzwi, a ty mu otworzysz?
- „Przywiozłem pizzę, proszę pana!”
   Albo ten:
 - Kim jest polonijny perkusista, którego rzuciła dziewczyna?
  - Bezdomnym
   Albo jeszcze inny:
 - Jak sprawić, by polonijny gitarzysta przestał grać?
 - Pokazać mu nuty
   Rzecz jasna żaden z tych ogranych dowcipów nie dotyczy Tomka, tylko - powiedzmy - jego mniej uzdolnionych kolegów. Co go jeszcze wyróżnia w środowisku? To, że - jak nienormalny jakiś - nikomu nigdy niczego nie zazdrości. Konkurentom nie przegryza strun w gitarach, nie dziurawi bębnów i nie podpiłowuje basistom gryfów. Ani też nie wylewa „kibordziście” coca-coli na klawiaturę, czego nie można powiedzieć o wielu innych naszych muzykach. No i jeszcze jedna cecha - Tomek to przystojniacha. Złośliwi mówią, że na koncertach Toma Cake bielizna damska sama spada z panienek. Mimo to, on sam nigdy nie nadużywa tej naturalnej, męskiej przewagi. I bardzo dobrze dla sztuki, bo płeć piękna często go usiłuje absorbować wszędzie tam, gdzie grywa. Utrudniając wręcz dotarcie na prawdziwy, muzyczny Olimp. Który go jeszcze z pewnością nieuchronnie czeka. Dlatego warto śledzić występy naszego Satrianiego wszędzie tam, gdzie grywa. Bo zawsze gwarantuje wysoki poziom koncertów. U niektórych fanów zyskał już sobie zaszczytne miano profesora gitary. Wprawdzie wiekiem (i wyglądem) do profesury mu jeszcze daleko, ale doświadczeniem i umiejętnościami jest już na uniwersytecie. I nie jest to Uniwersytet Białostocki, lecz raczej Harvard. Pytanie tylko, kiedy zostanie rektorem. Dajemy mu na to jakiś rok-dwa. A w międzyczasie czekamy na kolejną płytę Tomka. Najlepiej taką jeszcze bardziej zwariowaną. Mamy już nawet tytuł przyszłego CD - „Fruit Cake”. Muzycznych smakołyków od Tomka nigdy bowiem za wiele...  

ANDRZEJ WĄSEWICZ

Dodaj komentarz

Powrót