Takis Nikokiris

23 Lipca 2017

Muzyk, działacz, gawędziarz albo lepiej - bajerant, ale w jak najlepszym, pozytywnym znaczeniu tego słowa. Bestia, uzdolniona w niemal każdy, możliwy sposób. Urodzony w Grecji Polak, z Ameryką w rodowodzie. Albo też Grek z polsko-amerykańską nutą w życiorysie. Postać barwna i wszechstronna, ale i niełatwa do jednoznacznego scharakteryzowania. Podobno nawet on sam tak do końca nie wie, gdzie sie urodził, a gdzie wychował. I jaki ma tak naprawdę paszport. A może nawet kilka... Najważniejsze jednak jest to, że Takis to stały element polonijnego Chicago. Taki, jak kiełbasa polska czy wódka „Sobieski”. Od wielu już lat (niektórzy mówią, że co najmniej od dnia podpisania amerykańskiej Deklaracji Niepodległości) działa na miejscowym rynku artystycznym. Występuje w klubach z koncertami o sporym rozrzucie - od bluesa, przez kabaret, po „Wieczory greckie”. I w każdym tym gatunku radzi sobie, jak nie przymierzając Grek Zorba, tańczący właśnie zorbę, z butelką wina, na plaży. Czyli świetnie, choć z pewnymi wahaniami... Takis uwielbia piwnice... Ale to znaczy, że szlaja się po „bejzmentach”. Co to, to nie! Chodzi o to, że ma artystyczne ciągoty piwniczne. Przez pewien czas mieszkał kiedyś w Krakowie. I tam nasiąknął klimatami „Piwnicy pod Baranami”. I już w Chicago został naszym - nie przymierzając - Piotrem Skrzyneckim. Od niezapomnianego mistrza w długiej pelerynie i z dzwonkiem różni go jednak „in plus” to, że gra na wielu instrumentach, śpiewa z pasją (jak Rom na weselu córki) i potrafi przyjąć znacznie większe ilości wina. Pod tym zresztą względem potrafi zawstydzić niejednego naszego rodaka. Z Ferdkiem Kiepskim włącznie. I to bez wyraźnej szkody dla własnego organizmu. W Stanach, Takis imał się różnych zawodów. Był już muzykiem, kucharzem, sprzedawcą samochodów, dziennikarzem, wodzirejem. Łatwiej chyba powiedzieć, w jakiej branży jeszcze nie pracował. Ale wszystko przed nim. I jeżeli kimś jszcze nie był, to na pewno będzie. No, może za wyjątkiem prezydentury, do której - jak wiadomo – trzeba urodzić się w Stanach. Choć znając Takisa, można powiedzieć, że z pewnością przebajerowałby Kongres, przekonując parlamentarzystów, że Ateny leżą pod Waszyngtonem albo że Nikokiris to staroangielskie nazwisko szlacheckie, jak najbardziej zasługujące na Biały Dom. Słowem -  w przypadku Takisa, zawsze możemy mieć pewność, że ze wszystkim sobie doskonale poradzi. Pamiętam jeden z jego występów w nieistniejącej już „Piwnicy Staropolskiej” przy Belmont Ave. w Chicago. Była to „Grecka Noc”. A więc skoczne dźwięki buzuki, soczyste szaszłyki i czerwone wino. Plus muza: od ballad cygańsko-grecko-studencko-duszoszczipatielnych, po doskonałego bluesa. A wszystko to we wszystkich językach świata - pod koniec wieczoru mogłem przysiąc, że Takis śpiewa już po afgańsku z akcentem marokańskim. Całość była w dodatku przeplatana monologami Takisa, w których nutka sentymentalna mieszała się z refleksyjnym humorem. Słowem - mieszanka kulturowa, od której, z nadmiaru wrażeń pękało serce, a wskutek bogactwa przekazu - także głowa (i - po kilku dobrych godzinach przy barze - również portfel). Jakby więc nie patrzeć - Takis daje czadu. Albo - mówiąc po naszemu - „Takis rulez!”. Ostatnio nieco jakby zniknął nam z polonijnego horyzontu. Ale możemy być na sto procent pewni, że któregoś pięknego dnia (czy też raczej - pięknej nocy), znowu nam się pokaże na otwarciu kolejnego polonijnego klubu. I - jak zawsze - przechwyci oburącz mikrofon, nie dając go sobie odebrać przez cały wieczór. Ale w zamian zaoferuje nam coś, co będzie w nas siedział znacznie dłużej, niż galon czerwonego wina pod ostrą sałatkę grecką z oliwkami Kalamata. Cały Takis...

ANDRZEJ WĄSEWICZ

Dodaj komentarz

Powrót