Piknik dla wolności

Z dostepnych informacji wynika, że Komitet Obrony Demokracji wywodzi swoje korzenie z idei solidarności, a jeśli tak, to nosi w sobie gen zwycięstwa. W Chicago od stycznia br. odbywają się sesje tego ruchu o polskich korzeniach. Były wystąpienia w downtown, były konsultacje klubowe a ostatnio udany piknik. W jednym z zielonych parków pod Chicago, w pierwsze czerwcowe, niedzielne popołudnie zebrało się ok. 50 osób. Organizatorzy pragnęli wyrazić sympatię dla demokracji; zapraszali każdego, nie tylko członków. Nie wszystkim przypadło do gustu nośne hasło kodowiczów: Piknik dla wolności. Skoro może być bieg dla Jasia czy Kasi, chorych i potrzebujacych, albo zawody ku czci lub w szczytnej sprawie, to dlaczego powątpiewać a priori w w o l n o ś ć, atrybut demokracji, niechby nawet na pikniku, przy grilu?! Czy może być coś bardziej cennego od pobierania nauk o demokracji w kraju, który od 240 lat wskazuje światu właściwą drogę? Zebrani rozwinęli różnokolorowe flagi: amerykańską, unijną, zjednoczonej Europy oraz flagi polskie, biało-czerwone. Spotkaniu sprzyjała pogoda, odpowiednia ilość kiełbasek, świeże powietrze i wzajemna, niejako statutowa życzliwość. Słynie z tego centrala, słyną jednostki terenowe, bo to ruch społeczny. Nikt nikogo nie zmusza, przybywają zarówno przekonani do demokracji, jak i ciekawscy, określający się obserwatorami. Od czegoś trzeba zacząć. Jak reagowali na ten piknik członkowie naszej, polonijnej społeczności w Wietrznym Mieście? Kilka opinii można było usłyszeć w poniedziałek wieczorem, a więc po Pikniku dla wolności. W radiu dla Polonii słuchacze opowiadali, że odbyła biesiada bez nagłośnienia. Osoba prowadząca zauważyła: "po co sprzęt, skoro nie ma czego nagłaśniać"! Nagłośnienia imprez plenerowych zależą od miejsca, od spodziewanej ilości osób, od charakteru spotkania i kilku innych czynników. Sesje plenerowe w parkach Wietrznego Miasta podlegają opłatom, utrzymanie odpowiedniego stanu przyrody w tak wielkiej aglomeracji, to koszt. Ale, co tam, wiadomo kto płaci za wszystko! Kto? Jeśli jeszcze Polonia nie ma wiedzy w tym przedmiocie, to niebawem usłyszy. Narazie dowiadujemy się o biesiadnikach pikniku, że "są groteskowi, śmieszni, że niewiele znaczą". Gdyby było śmiesznie, w znaczeniu "zabawnie", to większość garnęłaby się do zabawy. Co z zarzutem groteskowości? Francuzi kojarzą groteskę z dziwactwem, karykaturą, przesadą. Hmm... To tylko środki do celu. Użyczając mikrofonu polonijnej społeczności, wydaje się, że dojrzeliśmy do formułowania własnego zdania, ale skąd! To iluzja. Nic bardziej błędnego. Daleko nam do przekazu odważnych, kulturalnych wypowiedzi. Łatwiej jest stosować gotowce, a więc pakiet ocen (jawnych i w podtekstach), koniecznie stylowo, w kierunku ustalenia: czy czarne jest z adrenaliną a białe tylko ładnie pachnie, czy odwrornie. Kto tu ma rację argumentów a kto pokrywa życzliwością argument siły? Jak dotąd, obowiazujące opinie słychać z jednego, jedynie prawomyślnego, zdawałoby się, źródła. Czy społeczność polonijną trzeba prowadzić, podpowiadać, sugerować, nakłaniać? Oj tam, oj tam! Ważne, że są spotkania, że odbywają się przy dobrej pogodzie, wejścia są w zasadzie bezpłatne, jest miło, bywa swojsko. W takich i podobnych warunkach powstawały zręby wielu organizacji polonijnych. Jeżeli importowany gen zwycięstwa już wśród Polonii wykiełkował, to jest nadzieja, że wcześniej czy później poznamy jego owoce.

 

Barbara Marta Żmudka

Archiwum

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10