Były prokurator specjalny Jack Smith podtrzymał przed Senatem, że zebrał niepodważalne dowody na poważne przestępstwa Donalda Trumpa. Zrobił to, choć prezydent domaga się postawienia go przed sądem, a resort sprawiedliwości zwolnił jego współpracowników.
Smith powiedział senatorom, że nie ma żadnych sympatii partyjnych, a jego zespół zebrał dowody ponad wszelką wątpliwość, iż prezydent dopuścił się poważnych przestępstw przeciwko państwu. Podtrzymał decyzję o postawieniu Trumpowi zarzutów i oświadczył, że nie da się uciszyć groźbami. Prokurator prowadził dwa śledztwa – o próbę odwrócenia wyniku wyborów i o niejawne dokumenty. Po zwycięstwie Trumpa oba umorzono. Prezydent zapowiadał odwet już w kampanii. Mówił wyborcom: jestem waszym odwetem. Wielokrotnie groził Smithowi śledztwem, a nawet wydaleniem z kraju. W styczniu, po jego zeznaniach w Izbie Reprezentantów, zażądał postawienia go w stan oskarżenia, zarzucając mu krzywoprzysięstwo. Resort sprawiedliwości zwolnił prokuratorów i agentów z jego zespołu. Smith mówi, że jest tym zasmucony i rozgniewany, bo ci ludzie wykonywali tylko swoją pracę. Dodaje, że ma otwarte oczy i wie, że prezydent będzie chciał się na nim zemścić. Wtorkowe przesłuchanie zwołali Republikanie. Pretekstem są bilingi republikańskich kongresmenów, których zażądało jego biuro. Smith odpowiada, że nikogo nie szpiegowano, bo chodziło wyłącznie o wykazy połączeń.





